Tatko Hemingway z dumy pęka

Jeśli szukacie płyty, przy której podniesie się Wam nieznacznie kącik ust, to właśnie ona. Jeśli jednak chcecie doszukać się prawdy o polskim prekariacie, to sobie najzwyczajniej w świecie darujcie. Panie i Panowie, przed Wami Taco Hemingway i jego „Umowa o dzieło”.

Nie będę obwijać w bawełnę, nie przepadam za muzyką z polskim tekstem. I nie, nie chodzi tu o to, że nie lubię polskiej muzyki. Po prostu język polski, pomimo powszechnych opinii o jego śpiewności, do śpiewu nadaje się jak co niektórzy do prezydentury. Szanuję jednak tych, którzy próbują, a jeszcze bardziej tych, którym się to udaje (śpiewać rzecz jasna). O tym może jednak kiedy indziej.

Hemingway’owi idzie to bardziej niż zgrabnie. Wciskamy play i płyniemy wraz z historią z 8 kawałków. A płyniemy nie byle gdzie, bo przez Warszawę, wraz z hipsterami spod znaku za hajs matki baluj. Sekunda za sekundą rozciągają się przed nami niezłe zwrotki, zaskakujące porównania. Dajemy się ponieść tej stołecznej wibracji, nienachalnemu bitowi i ironicznemu komentarzowi. I może jest to z lekka pod publiczkę. Ale czy nie lubimy jak nas głaszczą za uchem?

Taco opowiada nam całkiem zgrzebną historię o wibrującym życiu Stolicy, reżyserując miniaturowe scenki rodzajowe. To baczny obserwator, detektyw społecznych niuansów. W swym nadmiernym wydumaniu jest po prostu szczery. A siła jego tkwi w narracji, gdzieś pomiędzy felietonem a całkiem kształtnym esejem. Czasami niezgrabne, nieskładnie i infantylnie, ale zawsze w punkt. Nie spodziewajcie się więc po tej płycie ekwilibrystyki, fajerwerków czy zadęcia. Boże, jak ja nie znoszę zadęcia.

I można by było się silić na jakieś mądre słowa, oskarżać o niezgrabne rymy i tak na zmianę. Pytanie tylko, po co. Niektórzy zarzucają tej płycie nudę, sławy warsztat, przerost formy nad treścią bądź treści nad formą. Hejters gona hejt. Czy to Tyrmand na te czasy, warszawski flaneur? Nie wiem, ale ja go kupuję. Może jest to spowodowane faktem, że noszę się na czarno i mam czarne rosze. Oceny nie daję, bo już nie jesteśmy w szkole. To po prostu dobra płyta.

Całą płytę możecie pobrać tu. No już, na co czekacie?

PS Jak wpiszecie w Google „Taco Hemingway”, to najdziecie zdjęcia Michała Milowicza. Wtf, ktoś wie?

Leave a Comment